Poznaj Kampinos

Wycieczki

Mapy & szlaki

Warto wiedzieć

Top

Tekst autorstwa J.M. Maciejowskiego pochodzi z Tygodnika “Bluszcz” Nr. 32 z dnia 12 sierpnia 1933 roku.


Wiele dróg prowadzi do puszczy. I te znakowane przez Polskie Towarzystwo Krajoznawcze i te, na które natrafia się zupełnie przypadkowo. Najlepiej jednak jest skwitować z ambicji przebycia 30-40 km i powierzyć się wytrawnemu kierownictwu “leśnych ludzi”, czyli leśników. Rzecz prosta, że nazwą tą obejmuję zarówno gajowych, jak i ludzi z uniwersyteckim wykształceniem, różniących się od swych kolegów mundurem angielskiego kroju…

Otóż na takich dobrych duchów puszczy natrafiłem dopiero za czwartą próbą “zgłębienia tajemnic Puszczy Kampinoskiej”, ściślej — jej szczątków, bez porównania żałośniejszych, aniżeli resztki puszczy Kurpiowskiej. Składa się na to w pierwszym rzędzie bliskość wielkiego miasta Warszawy, mającego w puszczy podręczny rezerwuar materiałów drzewnych. Rączkę do przyłożyli również Niemcy podczas swej krótkotrwałej okupacji. W rezultacie puszcza ma wygląd całego szeregu większych lub mniejszych kompleksów leśnych, gęsto nadzianych mokradłami, liściastym lasem i coraz większymi łysinami uprawnych pól. Rozciąga się z północnego zachodu na południowy wschód dość wąskim pasem. W pewnym miejscu (np. Cichowąż) zajmuje koryto pra-Wisły, co stwierdziły ponad wszelką wątpliwość badania gleby.

Kampinos rezerwatem przyrody

Obecnie opracowywane są projekty zamienienia pewnych części Puszczy w rezerwaty. Przyczyn jest kilka. Występuje tu czarna brzoza (której nieliczne egzemplarze znajdują się w bezpośredniej bliskości od Warszawy, tuż obok radiostacji transatlantyckiej w Babicach), następnie spotyka się niezmiernie rzadką roślinę “lionję”, rezerwatem też jest objęta łąka za “Lipowym grądem”, na której mamy bardzo ciekawy obraz tzw. walki gatunków.

Jest to walka między drzewami a łąką. Łąka rozległa, podmokła, pokryta bujną, bogatą w odmiany trawą, zastąpiła w swoim czasie jakieś jeziorko leśne. Teraz w to królestwo traw i kwiatów, siedzibę kaczek i innego ptasiego ludu wkrada się zrazu łoza i wierzba. Minie czas jakiś, mokra łąka podeschnie odrobinę i oto obok wierzby wyrośnie brzoza, za nią ciemna olcha i ani się spostrzeżesz człowiecze w ciągu twego krótkotrwałego życia, jak łąkę wyprze las, szumiąc swymi koronami triumfalną pieśń zwycięstwa wyższego gatunku.

Kampinos świadkiem historii Polski

Dziś, kiedy wolność, niepodległość, Polska — stały się chlebem powszednim od lat już kilkunastu, dziś bardziej absorbują nowe pokolenie sprawy sportu, rzadziej rezerwatów, najrzadziej wspomnienia historyczne. A tych w puszczy Kampinoskiej niemało. Weźmy za przykład taką wycieczkę do mogiły powstańców [więcej o Powstaniu Styczniowym przeczytasz tutaj]. Na skraju puszczy, przy szerokiej, leśnej drodze, wznoszą się dwa krzyże: żelazny i dębowy. Przesłaniają jeden drugi tak, jak szara lub żmudna codzienność przesłania sławne lub męczeńskie “wczoraj”. Przed krzyżami bratnia mogiła, ogrodzona niską balustradą, na mogile kobierzec darniny i kilka zwiędłych wieńców. Ach, jeszcze coś, co każe wierzyć, że serca nowego pokolenia nie zupełnie są obojętne na sprawy ojców swoich. Obok doniczki z kwiatami przyczepiona kartka głosi, że taki to i taki ze wsi Błachocina “… okwiarował kwiaty dla Braci zabitych. Proszę tych kwiatuf nie zerwać”.

Na metalowym krzyżu siedemdziesiąt dwa kolce, czyli tyle ile powstańców spoczywa pod zieloną darniną. Skoro się już przyszło w progi puszczy, skoro się pochyliło w zadumie głowy nad samotną, bratnią mogiłą – nie pierwszą i nie ostatnią na polskiej ziemi – warto przypomnieć sobie pierwszą połowę kwietnia 1863 roku i grupującą się w lasach, w pobliży Budy Zaborowskiej partię majora Walerego Remiszewskiego. Było tego 250-300 ludzi, młodzieży rekrutującej się z mieszczan warszawskich i okolicznej służby folwarczej. Źle uzbrojeni, dopiero wciągający się w ramy organizacji napoły tylko wojskowej, natknęli się 14 marca 1863 roku na otaczające ich i przeważającego dwukrotnie siły Rosjan pod dowództwem gen. Krudenera.

Rzeź powstańców

Część powstańców zdołała się salwować ucieczką, reszta z Remiszewskim na czele przyjęła beznadziejny bój. Na czworoboki powstańców szarżowali huzarzy, rozbicia dokończyła po uporczywej walce piechota. Pardonu nikt nie dawał, nie proszono oń zresztą. Nic ludzkiego nie było w tych ludziach, walczących na śmierć i życie bagnetem, kosą lub szablą. Wreszcie rozbici, przetrzebieni zalegli pole bitwy, tracąc 11 jeńców, których z trudem ocalono od samosądu rozjuszonego tłumu żołnierstwa. Walka zdawała się być zakończona. Moskale mieli przeszło 50 zabitych i rannych. Polacy — 30 poległych, w tym mjr. Remiszewski.

Rannych powstańców w liczbie 51 załadowano na wozy. Zasługiwali jedynie na pomoc i współczucie. Aliści nadbiegli kozacy nie chcieli tak łatwo wypuścić zdobyczy ze swych rąk. Spędziwszy nahajami i pałaszami woźniców, przystąpili do bestialskiego mordowania niedobitków. Z tej rzezi ocalał ładunek tylko jednej fury — 9 rannych, inni podzieli los swych braci, poległych na polu bitwy. Zwalono ich do wspólnej mogiły. Triumfujące żołdactwo wracało w oniemiałe z przerażenia mury Warszawy, niosąc na okrwawionych pikach powstańcze czapki i białoczerwone chorągiewki. Car zaś nagradzał i przyjmował na osobistej audiencji oprawców…

Cichy bohater Kampinosu

Zapewne wspólną mogiłę spotkałby los tysiąca innych, bezimiennych z 1863 i 1919, gdyby nie Żyd, Aron Engelman, podówczas właściciel ziemski w pobliżu bojowiska. On to w porozumieniu z proboszczem swoim sumptem dębowy krzyż wznieść kazał, oraz otoczyć go ogrodzeniem.

Minęło 15 lat. Engelman całym swym majątkiem nie zdołał nasycić Rosjanina, naczelnika straży ziemskiej i w końcu powędrował do więzienia za czyn dalece karygodny, jak cześć dla poległych. Ale krzyż — symbol poświęcenia i męki — pozostał stał, a w 1922 roku znalazł towarzysza, którego przeznaczeniem jest trwać.

Ale mogiła, to jeszcze nie puszcza. To raczej nawrót do minionych czasów, kiedy bory sięgały aż do bram stolicy. I dziś godzinami można iść przez las sosnowy, wysokopienny, las ciemny u dołu z pomarańczowymi strzałami pni w górze, ginącemi w gęstwinie zielonych koron.

Jeszcze kołaczą się w puszczy niedobitki grubszego zwierza — dzik, kozioł, sarna, lis i borsuk. Kilka młodych warchlaków pokazano nam w leśniczówce. Małe te dzikusy skakały w górę, jak z trampoliny.

Nie jadłem pieczeni z dzika, więc wolałbym zobaczyć te warchlaki w przelocie, gdy wytkną czujne łby z olszowego gąszczu, chrząkną i pędem ruszą przez ginącą w oddali linię “duchtu”.

Piękno kampinoskiej przyrody

Wypadałoby coś więcej powiedzieć o samym rezerwatach, o tej części lasu, gdzie jest kilkaset sztuk czarnej brzozy, o samych wydmach, których piaski unieruchomiła pokrywająca je bujna roślinność. Wydaje się rzeczą dziwną patrzeć ze szczytu takiej wydmy w dół na łąki. Przejście jest nagłe i niczem nieuzasadnione.

W grę tu na przestrzeni wieków, prócz czasu, wchodziły jeszcze dwa czynniki: wiatry i piaski. Czynniki potężne i nieobliczalne. Dlatego też tę ich niezwykłą pracę postanowiono zachować, przechować dla potomnych.

Trzecią, choć nie ostatnią osobliwością jest wymieniona już roślina “lionja”. Jest ona przedmiotem dumy conajmniej tak, jak wyhodowana obecnie w Niemczech czarna róża. Niepozorne to, niepokaźne, ale rzadkie i cenione jak ryba-sieja w jeziorze Wigry, jak “zimoziół północny” lub żubr w Białowieży, jak szarotka w naszych górach.

Młode pokolenie na szlakach

Przykucnowszy wtedy nad krzakami “lionji”, debatowałem o tym, w jak wiele osobliwości obfituje moja ojczyzna, dopóki myśl nie została pchnięta w innym kierunku: oto cztery nasze towarzyszki, młode dziewczęta, znajdowały się wraz z nami w marszu od godziny drugiej trzydzieści w nocy. Padał deszcz, paliło słońce, czwarty dziesiątek kilometrów zostawił za nami, a one – po nieprzespanej nocy – szły wytrwale, jak mężczyźni, bez wyjątku starzy żołnierze.

I mimowoli poczułem dumę i zazdrość, że takie oto pokolenie niewieście wchodzi w życie na miejsce żywej jeszcze w naszej pamięci panienki od salonu i foretpianu.

J.M. Maciejowski, 1933.

0